Kto jest twoim motoryzacyjnym idolem?

Każdy ma swojego idola, bez względu na to, czy się do tego przyznaje czy nie. Jedni towarzyszą nam przez całe życie, inni szybko odchodzą w niepamięć. Na przykład Niki Lauda czy Ayrton Senna to postacie, które inspirują i wzbudzają podziw przede wszystkim fanów czterech kółek. A co z motocyklistami?

Każdy miał innego idola. Nieważne, czy był to potwór z Ulicy Sezamkowej czy Justin Timberlake (niestety, do wcześniejszej dekady moja pamięć już nie sięga). Z potworem z Ulicy Sezamkowej problem był taki, że istniał tylko w przestrzeni telewizyjnej, a z Timberlakiem taki, że był tylko przystojny. Podobno ma też talent wokalny, ale nie mnie to oceniać. W każdym razie w każdym obszarze są osoby lub ich cechy, które nas inspirują. Bycie przystojnym lub nieistnienie też mogą być takimi cechami, ale po co popadać w skrajności.

W moim przypadku ci idole są ściśle związani ze światem motocykli. Chcecie czy nie, przedstawię kilku, którzy obecnie mnie inspirują. I od razu zaznaczam: nie będzie to wypracowanie o Valentino Rossim, bo w tym świecie istnieją też inni, choć niektórzy nie dopuszczają do siebie takiej myśli. Pozwólcie jednak, że skupię się na osobach „tu i teraz”, bo „kiedyś” wymagałoby oddzielnego materiału.

Nie będę sięgać daleko (na razie), poza kontynent, a nawet poza granicę. Pierwsza osoba, o której chcę napisać, mieszka w Szczecinie i choć podróże ma we krwi, to wciąż wraca do Polski. Monika Marin, pierwsza kobieta w Motocyklowych Wyścigowych Mistrzostwach Polski. Monika ścigała się w latach 1994–1998 na wielu motocyklach, takich jak Suzuki GSX-R 1100 czy Suzuki TL-1000.

Wielu pewnym siebie kolegom z toru bardzo często zdarzało się oglądać jej… plecy, kiedy ich wyprzedzała. Przy tym wszystkim nie zależało jej na splendorze, wręcz przeciwnie. Właśnie ta cecha przyciąga do niej wielu ludzi ceniących sobie naturalność. Po zakończeniu kariery wyścigowej podróżowała i wciąż podróżuje po wielu zakątkach globu. A w dodatku pisze fantastyczne książki. Ostatnio światło dzienne ujrzała pierwsza część napisanej przez Monikę trylogii „Kroniki Saltamontes”, ale nic więcej nie napiszę na ten temat, bo książkę po prostu trzeba przeczytać. Uwierzcie mi: inne motocyklistki wyścigowe bledną przy Monice.

Teraz mogę już wyjść trochę dalej. Casey Stoner, były zawodnik MotoGP. Jeśli miałabym wskazać najbardziej bezczelnego zawodnika tej klasy, byłby nim właśnie Stoner. Do tego złote dziecko. Chodzą plotki, że jeszcze nie raczkował, a już jeździł motocyklem. Coś w tym musi być, bo w wieku 12 lat wygrał 32 z 35 wyścigów w ramach serii Australian Long Track.

To jedyny zawodnik, dla którego warto było oglądać konferencje prasowe MotoGP, ponieważ z jego ust padały słowa, które nie miały nic wspólnego z częstym PR-owym bullshitem. I co najważniejsze, po mistrzowsku prowadził publiczną wymianę zdań z Valentino Rossim.

Często był też humorzasty i zachowywał się tak, jakby chciał sprawić, żeby wszyscy fani przestali go lubić. Tymczasem działo się przeciwnie. A z MotoGP odszedł, błyszcząc. Wcale nie po serii ukończonych wyścigów na ostatnim miejscu w stawce. Po prostu chciał sobie trochę powędkować, a dla relaksu wziąć udział w serii V8 Supercars.

"Stoner wybiera się na ryby" - w ten humorystyczny sposób Casey Stoner został pożegnany przez swoich kolegów z zespołu.

Wiele osób go za to skrytykowało. Mówiono, że to wszystko dla pieniędzy i że ni krzty w nim już pasji do motocykli. To jednak chyba nie definitywny koniec. Od czasu do czasu pojawiają się informacje, że Stoner ma testować motocykle Hondy, a może nawet… pojechać z dziką kartą w GP Australii. Choć Internet huczy od tych doniesień, sam zainteresowany milczy. Może to i dobrze – po co grać w otwarte karty?

Co ciekawe (to teoria spiskowa), to właśnie Casey Stoner zdradził sekret sukcesu w MotoGP Marcowi Marquezowi. Poradził mu, by czerpał z wyścigów przede wszystkim radość. I jak widać, jest radość, są zwycięstwa.

I na koniec John McGuinness, czyli zawodnik serii wyścigów Tourist Trophy na wyspie Man, o których pisałam szerzej w oddzielnym materiale. To właśnie do Johna McGuinnessa należy aktualny rekord prędkości wyspy – ze średnią prędkością 210 km/h przejechał odcinek 60 km w 17 min 11 s.

Bardzo ciekawe zestawienie teraźniejszego obrazu wyścigów i tego z przeszłości. Po lewej John McGuinness.

I ucinając wszelkie sugestie, jakoby John McGuinness miał mnie inspirować do osiągania takich prędkości w warunkach ulicznych — to nie o to chodzi. Po prostu podziwiam tego zawodnika za ponadprzeciętne umiejętności, odwagę i pasję dla tego, co robi. John McGuinness gościł ostatnio na wystawie motocykli i skuterów w Warszawie. Bez względu na to, czy jesteś dziennikarzem, którego praca polega na przeprowadzaniu rozmów ze znanymi ludźmi, czy może po prostu fanem wyścigów, kiedy spotykasz się ze swoim idolem, miękną ci nogi.

Legendy wyścigów TT na jednym zdjęciu. W pierwszym rzędzie po prawej John McGuinness.

A kto ze świata motoryzacji jest Waszym idolem?

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Blogi:

100 koni z litra. Czy bać się downsizingu? Polak potrafi - Polonez VR6 Motoryzacyjny raj Trochę luksusu dla każdego [cz.2] Wystawa motocykli i skuterów w Warszawie [relacja] O miejskiej komunikacji Relacja z Prologu Pierwszego Rajdu Motyczańskiego w Lublinie. Vintage Auto Art Euro X - gwóźdź do trumny emocji w motoryzacji Trochę luksusu dla każdego [cz.1] Jaka jest rzeczywista pojemność bagażnika w naszych wozach? Będzie grubo czy nie? Wspomnienie po latach, czyli test malucha na dystansie 19 tys. kilometrów O nazwach aut Pin-Up Racing Team - nowy zespół wyścigowy Giełda klasyków: Ferrari 275 GTB/4 ex-Romana Polańskiego O wujku Staszku, czyli opowieść o Dużym Fiacie Kreatywna technologia Citroëna [Notka z drogi] Strzelanie i podpalanie - czyli coś, co tygryski lubią najbardziej Nie patrzcie na wyniki Hyundaia bo są nieistotne Gumball 3000 w Warszawie - fotorelacja Skrzydlata legenda Honda CBF? Nie, dziękuję. Król Senna

Popularne w tym tygodniu:

Wirujący kosmos TOP 5: Najgorsi następcy